miejsce

„Ale co zrobić z setkami lat dominacji niemieckiej na tym terenie?” , bo to jest bardzo charakterystyczne zdanie, które może wypowiedzieć tylko odpowiednio zindoktrynowane dziecię polskiej szkoły historii. Skoro może tak palnąć Pan Szostkiewicz, to czegóż oczekiwać od Kaczyńskiego z jego obsesją pisania historii od nowa. Może się czepiam, ale zrobiłem to tylko dla porządku, bo chodzi mi o coś zupełnie innego. Jak wszyscy wiedzą (tak myślę) Polska przedwojenna miała zgoła inny zarys terytorialny (przyłączono nawet do nowo powstałego państwa kawałek terytorium Górnego Śląska) i w czasie drugiej wojny setki tysięcy młodych mężczyzn, posługujących się językiem zbliżonym do polskiego i posiadających przez około 20 lat obywatelstwo polskie, zostało wcielonych do Wehrmachtu (nie wspominam nawet o tych bardziej nienawistnych formacjach), bo administracja niemiecka sklasyfikowała ich jako Niemców (w rzeczywistości było to bardziej skomplikowane). Jasne, mogli się na to nie zgodzić, ale tak może pomyśleć tylko ktoś wyjątkowo naiwny, ktoś znający tylko historię z polskich podręczników szkolnych.
I teraz, żeby nie przynudzać zadam pytanie: czy ktoś, kto jest obywatelem polskim (może nawet jest polskim szowinistą), ale jego ojciec i dziadek (tu też o Tusku mowa) walczyli na wojnie w mundurach Wehrmachtu, ma prawo domagać się ukazania w tym projektowanym muzeum punktu widzenia, o którym się nawet fizjonomom nie śniło (tak mawia Ferdek Kiepski, nie gorszy od Jarka Kaczyńskiego)? Tu chodzi szanowni magicy historii o jakieś kilka milionów ludzi, obywateli Polski.

ie jestem fachowcem od historii czy polityki tylko od maszyn, ale wiem jedno:
gdybym jako przedsiebiorca w czasie pertraktacji z moimi kontrahentami
„wychodzil poza wlasny punkt widzenia” to juz dawno poszedlbym z torbami.
Bo jesli ja nie bede pilnowal swojego interesu, to kto go bedzie pilnowal?
Mysle, ze blad w rozumowaniu  bierze sie w znacznej czesci
z wychowania jakie obaj odebralismy w domu i w szkole.
W czasach naszej mlodosci wpajano nam do glow, ze upominanie sie o swoje
jest co najmniej nietaktem. Nalezalo byc grzecznym i pilnym i czekac cierpliwie,
az inni racza nas docenic.
Tylko, ze w kontaktach z innymi takie podejscie do sprawy jest z gory skazane na porazke, poniewaz ci inni kieruja sie zupelnie innymi zasadami.
Np. w Niemczech, gdzie mieszkam od lat istnieje taka niepisana lecz powszechnie stosowana regula:
chocby ci sie cos nalezalo, nie dostaniesz, jak sie nie upomnisz.
Czlowiek, ktory nie potrafi twardo upomniec sie o swoje, uwazany jest za niedolege
oraz osobnika, na ktorym nie mozna polegac.
Taki czlowiek moze co najwyzej zostac protekcjonalnie poklepany po ramieniu.
Liczyc sie z nim z pewnoscia nikt nie bedzie.
Żeby się choć trochę podlizać Polakom, to wskażę na Francuzów, których w kłamstwach o ich udziale w II wojnie nie przebije nikt, są „Mistrzami Świata za Niemca”.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.