praca

Spece od szeroko pojętej tematyki pracy cierpią niestety na schizofrenię: raz popełnią zgrabny artykulik, w którym rozwodzić będą się nad konsekwencjami długotrwałego bezrobocia, nad depresją, by za chwilę udzielić równie zgrabnej wypowiedzi, dowodząc, że całemu temu bezrobociu winny jest brak entuzjazmu, werwy (broń Boże u pracodawcy!), a przecież tylko entuzjazm może nas zbawić. Refleksją nad tym, czy brak werwy to przyczyna depresji, czy skutek, żaden z owych speców głowy sobie zawracał nie będzie, łatwiej ponarzekać na brak kompetencji u pracowników niż dostrzec go u siebie w postaci choćby niezdolności do refleksji. A przecież specom dość chyba płacą za werwę w myśleniu?
Z powrotem bowiem znaleźliśmy się w czasach poprzedzających epokę, gdy homo sapiens z dumą sięgał po takie zdobycze rozumu jak prawo do ośmiogodzinnego dnia pracy, ubezpieczenia, godziwej zapłaty, witajcie z powrotem w czasach, gdy „godność pracy” była pieśnią przyszłości szalonego, a pracownik był robolem. A może niewolnikiem? Mnie, prawdę mówiąc, dzisiejszy rynek pracy przypominać zaczyna z wolna targ niewolników, bo zastanówcie się – niby wmawia się Wam, że macie być aktywni w poszukiwaniu pracy, a tak naprawdę czym Wasza aktywność się kończy? Czekaniem aż ktoś odpowie na Wasze cv, aż ktoś oddzwoni, KTOŚ, bo często są to ludzie bez twarzy. Wysyłamy setki swoich dokumentów, miliony danych do firm, wiedzą o nas wszystko, każda umiejętność zważona, każdy odbyty kurs policzony, taksują nas przez weneckie lustro, jak niewolników na podeście, tanią siłę gotową, by darmo służyć, sami często nie pokazują swojej twarzy, nie zdradzają nazwiska, przedstawiają się jako „klient portalu praca”, nawet człowiek nie wie, do kogo aplikuje. Ludzie bez twarzy przeciw ludziom bez godności. Jeszcze ten zwrot „dam pracę”. Czy pracownik nie daje swojej pracy, często dosłownie, bo praktycznie darmo?
To czego nam potrzeba, to nowa filozofia ekonomii, nowa filozofia pracy, człowieka. Daliśmy sobie wmówić, że ekonomia to nauka o tym jak natłukiwać zysk. Zysk, nie dobro, należy to podkreślić, bo dobro to jest coś, co służy wszystkim, a ten zysk, to zwierzę, które im więcej żre, tym więcej chce żreć. „Frazeologia walki, marszu na przód, wyrzeczeń, ciężkiej pracy zamazuje istotną kwestię. Tego, że sporo osób nie chce czuć ciągłego oddechu na plecach, nie chce ciągle się z kimś ścigać, stawiać sobie ambitnych celów, aby je konsekwentnie realizować.”

To jedna z treści która „zamazuje” zasadę niesprzeczności: bo można powiedzieć: jest tak, i nie jest tak. Tych ludzi którzy dzięki ciężkiej pracy doszli do sukcesu a także tych którzy doszli do sukcesu bez ciężkiej pracy łączy m.in. jedno: zdają sobie sprawę z tego z czego nie zdają sobie sprawy młodzi: ludzie nienawidzą siebie nawzajem, polski rynek pracy (a co za tym idzie: polska rzeczywistość) to świat opisany przez T.Hobbesa. Więc trzeba zacisnąć zęby i zapieprzać nawet na to aby być niewolnikiem, bo za życiowe porażki także trzeba płacić cenę.

Dlatego takie postawy jak: umiarkowanie, wynoszenie czasu wolnego nad czas zarabiania, stoicyzm są z punktu widzenia rynku nielogiczne. Są patologią, ponieważ zasadnicze jest nie to czego ludzie „chcą”, ale to czego „powinni” chcieć. I niziny społeczne w Polsce tę „logikę” potwierdzają: we wszelkich badaniach nastrojów społecznych Polacy deklarują, że są zadowoleni z życia. Do tego przygłupawi socjolodzy lepią przygłupawe komentarze bo wierzą w to, że racjonalne jest wnioskować o ludziach na podstawie tego co sami o sobie mówią. Więc w tych badaniach wychodzi, że pauperyzacja w Polsce nie istnieje. Dlatego „prezesi” mogą myśleć, że większość chce się ścigać, a jeśli któryś nie chce to znaczy że jeszcze (wiek) nie rozeznaje słusznych priorytetów.
Tymczasem, jak możemy przeczytać już u Arystotelesa, ekonomia to wiedza o tym, jak skutecznie wytwarzać dobro, które będzie służyło całej wspólnocie, w słowie „ekonomia” ta wspólnotowość jest kluczowa, we wspólnocie jeden nie może bez drugiego, a nie, jak daliśmy sobie wmówić, jeden przeciw drugiemu.

nasza Bastylia

Każda epoka historyczna ma własną Bastylię.
Po zburzeniu kolejnej, „własnej”, symbolicznej Bastylii, zaczyna się nowa era. Taką symboliczną Bastylią drugiej połowy XX wieku był Mur Berliński.
Po zburzeniu tej „berlińskiej Bastylii”, Europa przeżyła wstrząs, wywołujący „polityczne tsunami”, które zmyło dawny jałtański bałagan
i stworzyło nowy europejski „bezwład” na terenach powiększonej Unii Europejskiej.
Po krótkim okresie euforii, ten nowy gigant przystąpił do intensywnej, „dobrowolnej” kolektywizacji i wcielił do tego europejskiego „sowchozu” pozostałości po dawnym bałaganie, stworzonym po II wojnie światowej. Próby zapanowania nad tą wieżą Babel za pomocą praw spisanych w tysiącach aktów prawnych, jak na razie nie przynosi spodziewanych korzyści, ale jest jedyną realną propozycją organizacyjną w tym morzu niepokojów, który ogarnia wiele rejonów świata.
Kolektywizacja giganta, zwanego UE, przebiegała sprawnie, ponieważ miała akceptację społeczną narodów kolektywizowanych. Obywatele krajów „dobrowolnie” przystępujących do wspólnoty, kierowali się odruchem dobrze znanym graczom totalizatora. Po wypełnieniu kuponu i zapłaceniu stawki czujemy się milionerami do momentu losowania „nieszczęśliwych” cyfr. Po losowaniu, kiedy wiemy, że nie będziemy szczęśliwymi milionerami, mamy uczucie zawodu i pretensji do siebie, że niepotrzebnie zgodziliśmy się na udział w tej grze.
Podobnie jest z krajami przystępującymi do Unii. Do czasu przyjęcia warunków tego nierównego dla obu stron kontraktu, wszyscy mają nadzieję na dobrobyt. Po kilku latach już wiemy, że tylko nieliczni poprawili sobie znacznie poziom życia, a kraj stracił suwerenność decyzji politycznej i ekonomicznej i zadłuża się wobec obcych banków z prędkością nieprawdopodobną. Do tego dochodzi podejrzenie, że ponosimy koszty lenistwa i braku gospodarności innych uczestników tej umowy, którzy żyją ponad stan za nasze pieniądze.
Obywatele zamartwiają długami, które będą spłacać własne dzieci i wnuki, a gigant rośnie i tworzy kontrowersyjne prawa dla wspólnoty. Wiele z tych praw narusza moralny porządek krajów przyjętych do UE. Okazuje się, że inwencja urzędników tego giganta jest niewyczerpana. „Europejska biurokracja ciągle potrafi zadziwiać” – czytamy w tygodniku Polityka. „Za rok do produktu narodowego poszczególnych krajów chce doliczyć dochody osiągane z gospodarczej czarnej strefy, czyli m.in. z prostytucji, przemytu, handlu narkotykami, bimbrownictwa. A to wszystko w Polsce ma policzyć … GUS.
…na razie Dziennik Gazeta Prawna sam policzył, że czarna gospodarka podnosi polski PKB o 16 mld złotych. Traf chciał, że o tyle właśnie w tym roku ma wzrosnąć deficyt budżetowy po planowanej w sierpniu nowelizacji”.
Urzędnicy Unii Europejskiej kombinują, jak tu dodać do PKB wcielonych do UE krajów trochę wirtualnego pieniądza, a kraje Azji produkują realne dobra i rosną w potęgę. Na stronie waluty.wp.pl czytamy: „Większość najważniejszych rynków finansowych świata zainteresowanych jest realizacją transakcji handlowych i inwestycyjnych z Chinami w walucie tego kraju. Po Hongkongu, Singapurze i Londynie rozliczenia w juanach wprowadza Paryż, Luksemburg, Frankfurt i Dubaj.
Nie ma wątpliwości, że juan zyskuje międzynarodowe uznanie i jest duże zapotrzebowanie na tę walutę poza Chinami kontynentalnymi powiedział ogólnokrajowemu dziennikowi Zhongguo Ribao- dyrektor Urzędu Monetarnego z Singapuru, Ravi Menon”.
Największym światowym centrum juana jest Hongkong, gdzie skoncentrowanych jest 70 procent zagranicznych depozytów w chińskiej walucie; w maju b.r. oceniano je na 698,5 mld juanów , według danych urzędu Monetarnego Hongkongu.
Jedni importują, a do nich należą Unia Europejska i Stany Zjednoczne, a drudzy produkują i eksportują, a do nich należą kraje Azji. W UE krajem który produkuje, są Niemcy. Ci co produkują, rosną w potęgę, a ci co importują zadłużają się na potęgę.
Myśląc perspektywicznie o tym nowym „tryndzie” politycznym globalistów świata zachodniego, który sprowadza się do importu towarów z Azji, musimy spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie:
Czy rzeczywiście zburzono Bastylię, czy ją stawiają od nowa?
Nie można przecież patrzeć na ten upadek bezczynnie. Musimy działać, aby odwrócić bieg spraw i zatrzymać kryzys, którego zasadniczą przyczyną jest totalny import towarów powszechnego użytku. Ten import bogaci uprzywilejowaną grupę ludzi, posiadających zdolności kredytowe na zakup importowanych towarów po niskich cenach i sprzedanie ich we własnym kraju z ogromnym zyskiem. Ten import bogaci również banki udzielające kredytu. Ten totalny import wyprowadza technologię poza granice kraju i deprawuje zapomogami młodych ludzi pozbawionych pracy. Ten import tworzy dług wobec obcych banków we własnym kraju. Te wszystkie problemy dotyczą Polski na początku XXI wieku. Czy te zjawiska widzi tylko opozycja polityczna, a partia rządząca pozostaje ślepa?